
Z pamiętnika instruktora #2
Jadę tramwajem do klubu, wcinam rzodkiewki i wafle ryżowe. Całe szczęście, że nie pączka – wizerunek ległby w gruzach, gdyż do tramwaju wsiada klientka klubu.
– Jedziesz do mnie?
– No, przepustkę ze szpitala wzięłam na zajęcia.
– Cooo?… – pytam mało rezolutnie – Może rzodkiewkę?
– A, daaj. No na głowę idzie dostać. Dwa dni już się nie ruszałam. Mówię pojeżdżę trochę na rowerze, to lepiej będę spała. Ocipiałabyś tam. A byś widziała poranną gimnastykę w szpitalu…
To się nazywa miłość do aktywności fizycznej.
zerknij też na wpisy:
-
Ucieczkowe biuro podróży
– Dzień dobry! Zapraszamy panią serdecznie na przegląd ofert. Obiecujemy,…
-
-
30 września – Dzień chłopaka
Mają duże bluzy i szorty kończące się za kolanem albo bojówki z przepełnionymi kieszeniami. Zero dylematów, co rano ubrać, oraz żel pod prysznic, który jest też szamponem. Mówią, że można tym myć i dupę, i auto, ale w to osobiście nie wierzę.